Z DZIAŁALNOŚCI KOMISJI DORAŹNYCH


WYDARZENIA W SAMORZĄDZIE


RECENZJE SZKOLEŃ



















Kilka uwag o zawodzie radcy prawnego




Powiększ zdjęcie





12.12.2007 r.

Tadeusz Sławek*1

 

Zawód radcy prawnego jest zawodem szczególnym. Związany jest z prawem, ale także z „radą”, a te dwa powołania stają czasami w sprzeczności. Prawo mówi zawsze: „tak brzmi litera przepisu i musisz ją zastosować”; w prawie tkwi immanentnie potrzeba wręcz wymóg przymusu i siły. Przymus ten widoczny jest wszędzie i jest tak wszechobecny, że znika całkowicie w naszych codziennych zabiegach, a nawet – co więcej – umożliwia ich płynne wykonywanie. Bez tej minimalnej „przemocy” nie bylibyśmy w stanie funkcjonować. Pisze Vladimir Jankelevitch: „Państwo opiera się na przemocy... umowa społeczna zawiera pewną dawkę przemocy, represji, akceptację niektórych granic, wędzideł: jeżdżenie prawą, a nie lewą stroną ulicy... Jest to przemoc nieznaczna, znikoma, bezkrwawa. Państwo stosuje przemoc wobec jednostki, wymusza przestrzeganie reguł niezbędnych dla współżycia społecznego. Ale nawet najbardziej dobroduszne przypadki stosowania przemocy budzą dylematy”2. Burzliwe dyskusje toczące się w Stanach Zjednoczonych na temat słuszności ustanowienia w październiku 2001 roku tzw. Patriot Act, wprowadzającego znaczny, jak na tradycję amerykańską stopień kontroli obywatela wskazują, jak ważkim problemem jest relacja państwo – prawo – obywatel.

 

Życie publiczne dowodzi jak silne są pokusy wybranej przecież zgodnie z regułami prawa władzy do wprowadzania elementów czystej przemocy do sposobów, w jaki prawo wypełnia swoją rolę w społeczeństwie. Nadmiernie eksponowane posługiwanie się policją czy służbami antykorupcyjnymi oraz wyrokowanie przez wysokiego urzędnika prawa o winie zatrzymanego jeszcze przed wszczęciem jakichkolwiek procedur sądowych były tego ostatnio uderzającym przykładem. Pisał wtedy Jan Widacki: Jan Widacki: „Nie wolno poświęcać wolności obywatelskich i praw człowieka w imię najszczytniejszych nawet celów”.(Gazeta Wyborcza, 11.10.07). Władza wykazuje jakby naturalną skłonność do wydobywania ostentacyjnie demonstrowanego restrykcyjnego charakteru prawa, tymczasem działalność radcy prawnego zmierza do – jak będę się starał wykazać – sprowadzenia prawa do właściwego mu miejsca.

 


 

„Rada” natomiast nie nakazuje, działa poza przymusem i dyktatem, bowiem z rady można skorzystać lub nie. Prawo nie wyklucza namysłu, ale powiedzmy szczerze – nie sprzyja mu, bowiem paraliżuje go tkwiącą w nim nieodwołalnością kodeksowego przepisu. Rada zamieszkuje w przestrzeni namysłu; gdy słyszę jakąś radę muszę rozważyć zawartą w niej propozycję bez wątpienia nawiązującą do prawa, ale będącą przecież jednak tylko propozycją. Rada może działać w wielu kierunkach: może – jako doradzanie - być wskazówką, co robić, ale może też być znakiem ostrzeżenia, czego nie robić – wtedy staje się odradzaniem. Co więcej, inaczej niż prawo funkcjonujące przecież w społecznej przestrzeni, ale zakładające nierówność stron – ktoś sądzi, ktoś jest podsądnym, ktoś „wie” i orzeka, ktoś może jedynie zaakceptować ten wyrok lub od niego się odwołać, ale w trybie przewidzianym i kontrolowanym przez prawo. Wspólnota powstająca wokół prawa jest specyficzna: zakłada rezygnację jednostki z jej niezależności, uczestniczy ona we wspólnocie, ale nie ma w niej równorzędności partnerów. Tymczasem z „radą” jest inaczej: „radzić” to przecież „wspólnie coś omawiać, zastanawiać się jak postąpić”, także „poszukiwać sposobu”. W Słowniku Samuela Lindego znajdziemy informację, że „radzić”, to „spólnie o czym radę składać, zdania znosić”. Chodzi więc właśnie o „poszukiwanie”, a to oznacza, że przestrzeń „radzenia” jest o wiele obszerniejsza i bogatsza niż obszar prawa, które w istocie nie szuka, bowiem przepis i kodeks jest zbiorem nie pytań, lecz odpowiedzi przecież. Może taka jest najprostsza różnica między czynnościami radcy a np. sędziego – dyskurs radcy jest dyskursem pytania, sędzia natomiast porusza się w kręgu odpowiedzi.

 


 

Pamiętajmy też, że język poucza nas o tym, że w odróżnieniu od innych sytuacji, w jakich znajduje się prawnik, radcowanie od samego początku wpisane jest w dyskurs rozmowy, ludzkiego, a nie czysto jurydycznego kontaktu – o radę się przecież „prosi”, a kto prosi, ten już wchodzi w sytuację nie wokandy, lecz ludzkiego spotkania. Może dlatego język prawniczych postanowień jest językiem wezwania i polecenia, opatrzonego sankcją groźby i surowych konsekwencji i nie ma nic wspólnego z „proszeniem”. Kto stoi przed drzwiami prawa, ten musi rozważyć to, iż tak, czy inaczej, wejdzie w świat groźby: grożą mnie, albo grożę ja, a wspólnie mnie i jemu, pozywającemu i pozywanemu grozi sąd – sankcjami za niestawienie się, za niemówienie prawdy, etc. Stąd zadaniem radcy jest także ostrzeżenie człowieka przed prawem – nie w imię uniknięcia kary, czy obejścia przepisu, ale w imię podstawowej zasady, wedle której prawu nie możemy przyznać przywileju ostatecznej i jedynej zasady regulującej ludzkie postępowanie. „Radca” przypomina o tym, iż – jak pisze Linde - jednym z dawnych znaczeń frazy „radzić o czymś czy o kimś” odnosiło się do sprawowania nad kimś pieczy, opiekowania się kimś. Radzenie jest więc aktem troski. Francuskie conseiller jest tym samym słowem, co łacińskie consilium i polskie „konsylium”, a wszystkie one mówią o zgromadzeniu nie tylko profesjonalistów, ale profesjonalistów zatroskanych, zgromadzonych dla zastanowienia się nad szczególnym przypadkiem przekraczającym możliwości decyzyjne jednostki. Radca w ostatecznym rozrachunku służy prawu, ale w przekonaniu, że jest coś ponad prawem, coś, co jest starsze i bardziej fundamentalne niż prawo, a co sprawia, że ludzie odnoszą się do siebie „po ludzku”. Prawo jest w istocie „nieludzkie”, a radca przypomina o jego ludzkim kształcie i obliczu. Prawo mówi „każę ci” i „musisz, niezależnie od tego, co podpowiada ci sumienie czy rozum”; radcowanie wręcz przeciwnie – „prosisz mnie”, „jestem dla ciebie nie bezosobową instytucją, ale osobą ludzką”, dlatego nie wolno mi powiedzieć „musisz”, mogę tylko powiedzieć - „rozważ w swoim rozumie i sumieniu”.

 


 

Rada jest specyficznym rodzajem spojrzenia na świat. Wynika bowiem z tego, że zapytany/poproszony odpowiadam nie tylko kodeksowym przepisem, ale w odpowiedzi mojej jest wyraźne wskazanie – to ja na to patrzę w ten sposób, ja to tak widzę i dlatego taka jest moja opinia. Ten związek „radzenia” z widzeniem przetrwał wyraźnie w języku angielskim, gdzie advice pochodzi z dawniejszej formy a vis, która z kolei wyprowadza się z łacińskiego ad visum, oznaczającego – to wydaje się, wygląda na dobre. Jest więc radzenie przestrzenią, w której spotykają się dwa spojrzenia – tego, który strapiony prosi o radę, i tego, który chce mu powiedzieć – nie wiem jak będzie ani jak być powinno, ale w całej uczciwości chcę ci powiedzieć, że z mojego punktu widzenia wygląda to tak a tak. Radzenie jest więc spoglądaniem sobie w oczy oraz spoglądaniem w oczy światu i jego sprawom; bez tego spojrzenia nie ma dobrego radzenia.

 


 

Poza tym „rada” wskazuje nie tylko na jakiś konkretny przypadek będący jej szczególnym przedmiotem, lecz odnosi się także do szerszego horyzontu. „Rada” to sposób, w jaki poruszamy się w świecie i załatwiamy swoje, i nie tylko swoje, sprawy. Mówimy przecież o „radzeniu sobie w życiu”, mając na myśli nie jakąś konkretną sytuację, lecz pewne ogólne zakotwiczenie w egzystencji. Odnosimy to również do pokonywania przeszkód i trudności – „dać czemuś radę”, to określenie mówiące o przejściu trudnej chwili, uporaniu się z trudnym problemem. A zatem ten, kto „radzi” musi pamiętać, że ta czynność obejmuje skomplikowane zagadnienia odnoszące się do różnych aspektów naszego życia. A nade wszystko musimy pamiętać o powadze, jaka związana jest z radą. Rada może bowiem być początkiem całego ciągu zdarzeń, o których nie wolno nam myśleć bez należytej troski. Cytowane przez Lindego przysłowie mówi: „Złota głowa! Do rady, nie do parady”, co umieszcza „radę” w przestrzeni wyraziście różnej od próżnej zabawy czy celebracyjnego świętowania. „Rada” nie może nigdy być „pa-radą”, bowiem zdradzi swą naczelną cechę, jaką jest powaga. W przeciwieństwie do „parady”, która może być czystym popisem i zabawą, „rada” jest zawsze poważną pracą, bowiem w przeciwieństwie do „parady” ważą się w niej ludzkie losy.

 


 

Prawo miłuje siebie bardziej niż pojedynczego człowieka. To konieczne, inaczej nie mogłoby funkcjonować. Ale jednocześnie prawo często w użyciu społecznym używane jest tak, jakby nie istniały żadne inne relacje między ludźmi jak jedynie te ustalone i regulowane prawem, bowiem polityka czuje przemożną pokusę, by zwolnić prawo z wszelkich powinności wobec takich związków jak te wyznaczone przez przyzwoitość, miłosierdzie, a nawet – o paradoksie – sprawiedliwość. Takie użycie prawa sprawia, że jest ono narzędziem wspomagającym interesy i ambicje polityczne, wzmagającym poczucie własnej powagi i znaczenia danego polityka, który zawsze wyżej ceni własny sukces (nawet jeśli jest to sukces pozorny) niż poczucie godności drugiego człowieka, którego przecież – nominalnie przynajmniej – strzeże prawo. Prawo w swoim własnym majestacie zostaje użyte tak jakby było przemocą, która podgląda, nagrywa, filmuje, osądza słownie zanim zgromadzi dowody. W pewnym sensie prawo w tej sytuacji, tak użyte, pospiesznie i byle jak, prawo sprowadzające prawdę do kodeksowego przepisu, i w konsekwencji posługujące się prawdą jak młotkiem, niebezpiecznym narzędziem stosowanym wobec bliźniego kradnie nam nasze sumienie. Bowiem sumienie rozważa, bada okoliczności, przygląda się uważnie; sumienie należy do królestwa namysłu, gdy prawo w rękach polityka dąży do tego, by wykluczyć namysł i zastanowienie, do tego, by czysto instrumentalnie uprościć radykalnie wszystko to, co złożone, by całą złożoność ludzkiego losu zamknąć w jednej formule, najlepiej takiej, która doskonale zabrzmi jako wyborczy slogan.

 


 

Prawo pozostaje bowiem w skomplikowanej relacji ze sprawiedliwością. Łacińskie powiedzenie mówi wyraźnie o tym, że auctoritas, non veritas, facit legem. A zatem podstawą funkcjonowania prawa byłoby odwołanie się do sprawiedliwości jakby „wtórnie”, to znaczy za pośrednictwem własnych interesów prawodawcy. Widzi to wyraźnie William Szekspir, dla którego waga jako symbol sądowej i procesowej sprawiedliwości jest tą samą wagą, na której kupiec kładzie swój towar. Sprawiedliwość jest rodzajem społecznej transakcji, tak jak akt kupna jest transakcją ekonomiczną. Oczekujący na okrutny wyrok za niespłacony na czas kredyt Antonio odrzuca propozycję petycji o ułaskawienie. Wenecki doża, zdając sobie sprawę z okrucieństwa, a więc z „niesprawiedliwości”, wyroku, którego surowość jest niewspółmierna do winy, nie może przywrócić poczucia sprawiedliwej miary, bowiem szkodziłoby to interesom miasta. Cudzoziemscy kupcy, powiedzielibyśmy dzisiaj – inwestorzy, straciwszy wiarę w stabilność litery prawa porzuciliby lokowanie kapitałów w adriatyckich przedsięwzięciach. Sam skazany ujmie to w następujący sposób:

 


 

…Doży nie wolno

 

Hamować biegu istniejących praw,

 

Gdyż cudzoziemcy, którzy korzystają

 

Z naszej opieki, potem będą sarkać

 

Na praworządność weneckiego państwa.

 

A wiesz, że handel i zarobki miasta

 

Są z zagranicą ściśle powiązane (przekł.R.Brandstaetter).

 


 


 

A w Troilusie i Kressydzie Szekspir odnajdzie jedną z najbardziej znamiennych cech wczesnonowoczesnej Europy w represyjnym, a nie etycznym charakterze prawa. „Siła jest prawem”, powie jedna z postaci tej mrocznej komedii.

 

Wszystko wskazuje zatem, że dzisiejsze społeczeństwo odczuwa to, co Georg Lichtenberg ujął u schyłku XVIII stulecia w lapidarnej formule: „Mamy dziś więcej magistrów prawa niż prawych ludzi”3. To, co nurtuje życie publiczne to poczucie rozbieżności nie tylko między duchem a literą prawa, lecz między sprawiedliwością, którą konieczność sprowadza do zbioru przepisów prawa, a przyzwoitością postępowania, która często pozostaje z owymi przepisami w niejasnej relacji. Prawo kodeksowe, które zdaje się wystarczać do zapewnienia bieżącego funkcjonowania społeczeństwa, zawodzi, gdy chodzi o to, co ma stanowić głęboką podstawę wspólnoty – jakość ludzkich relacji. Arystoteles konstatuje podobny problem, gdy rozróżnia „prawość” od „sprawiedliwości”, pisząc w Etyce nikomachejskiej: „Prawość jest sprawiedliwością nie objętą żadnymi przepisami prawa”4. Wydaje się, że o dwóch sprawach tu mowa. Najpierw jest przestroga, aby nie utożsamiać sprawiedliwości z prawością, bowiem, jak uczy przykład choćby Antygony lex scripta władzy, choć „sprawiedliwe” w sensie litery przepisu i wymuszanego dla niej posłuszeństwa zdradzają elementarne, wewnętrzne poczucie tego, co słuszne, bo przyzwoite, a co należy do kategorii lex non scripta. Następnie przychodzi coś, co można przedstawić sobie jako ostrzeżenie przed sprawiedliwością prawa: to, co słuszne i przyzwoite wymaga czasami, aby powstrzymać prawo, niekoniecznie w znaczeniu zachęty do wypowiedzenia mu posłuszeństwa, lecz nieuruchamiania jego mechanizmów. Nie wzywać imienia prawa nadaremno jest powinnością człowieka prawego i, jak powiedzieliśmy, radcy – jak mało komu – przystoi takie ostrzeganie klienta przed prawem. W ten sposób wypełni on postulat Arystotelesa, iż człowiekiem prawym „jest ten, kto takie czyny postanawia i takich zwykł dokonywać i kto nie obstaje uparcie przy swoim prawie na niekorzyść drugiego, lecz pozwala się ukrócić, nawet wtedy, gdy ma prawo po swojej stronie; trwała dyspozycja do takiego postępowania jest prawością; jest ona pewnym rodzajem sprawiedliwości, a nie różną od niej cechą charakteru”5.

 

Pozostaje zatem zapytać, jak rozumieć słowa umieszczone na sztandarze korporacji radcowskiej Libertas in Legibus. Czy gdy pozostawimy wolność pod opieką prawa nie otworzymy sposobności łatwej pokusie mnożenia praw wolność ową ograniczających? Takie niebezpieczeństwo dostrzegał Zenon Klatka przedstawiając kwestię radców prawnych przed Trybunałem Konstytucyjnym 8 listopada 2006 roku, mówiąc: „Jest poza sporem, że to ustawodawca kreuje zawód zaufania publicznego i określa w ustawie zwykłej granice pieczy – określa, a więc może również ograniczać. Pytanie jest takie: do jakich granic można zawęzić sprawowanie pieczy i z jakich to przyczyn trzeba teraz pieczy dać mniej niż było dotychczas”6.

 

Czy zatem nie należy uzupełnić zdanie „wolność pod opieką prawa” drugim, które przypominałoby nam, że prawo również winno pozostawać pod opieką wolności? Wolność jest limitowana prawem, lecz to człowiek stanowi prawo i należy się zastanowić w jaki sposób i w imię czego? Innymi słowy, jakie są podstawy, ludzkie podstawy, tworzenia i powstawania prawa? Pytanie nie jest błahe, gdyż zakłada, że pozostając z całym szacunkiem dla prawa, a nawet więcej – chcąc zapewnić prawu najwyższy szacunek, musimy szukać jego głębokich podstaw poza nim samym, w sferze tego, co między ludźmi. Wiedział o tym Arystoteles utrzymując, że: przyjaźń, jako najstarszy i najbardziej pierwotny rodzaj ludzkiej więzi stoi przed prawem. Nie czas tutaj na rozważania istoty Arystotelesowskiej przyjaźni; powiedzmy tylko, że termin ten nazywa zadzierzgniętą w pełnym poczuciu odpowiedzialności i egzystencjalnej powagi relację bezinteresownej więzi między ludźmi. Dopiero obydwa zdania wzięte razem „wolność pod opieką prawa” (człowiek nie może zawsze czynić „jak mu się podoba”), ale także „prawo pod opieką wolności” (trzeba czuwać, aby ludzkie zamierzenia i upodobania nie były dyskryminowane z natury, nie podlegały prawu tak długo, jak długo respektowana jest zasada nieszkodzenia drugiemu) stwarzają sytuację, w której jednostka może w miarę harmonijnie uczestniczyć w życiu wspólnoty.

 


 

Mówiąc inaczej, prawo znajduje się w specyficznej sytuacji, w której z jednej strony traktowane jest jako podstawa nowoczesnego państwa, lecz z drugiej – traci swój nadzwyczajny charakter, a dzieje się to z dwóch powodów: globalizacja świata w znacznym stopniu zredukowała rolę praworządności jako kryterium podziału na państwa demokratyczne i niedemokratyczne, zaś konsekwencją tego stanu rzeczy jest ześlizgnięcie się prawa w strefę „słabego uzasadnienia”, w której trudno mówić o mocnych i generalnie obowiązujących regułach. Hans-Juergen Hellwig (były Prezes Rady Adwokatur i Stowarzyszeń Prawniczych Europy) pisze: „Niemal codziennie jesteśmy świadkami tracenia szacunku przez fundamentalne prawa i rządy prawa w oczach polityków i społeczeństw. Jak długo trwała Zimna Wojna i polityczna rywalizacja między wolnymi demokracjami Zachodu i totalitarnymi krajami komunistycznymi Wschodu, wysoki szacunek dla fundamentalnych praw był oczywisty, gdyż stanowiły one najważniejsze rozróżnienie pomiędzy Zachodem a Wschodem... Dzisiaj fundamentalne prawa i rządy prawa w życiu politycznym i w społeczeństwie wymagają codziennego uzasadniania i wsparcia”7.

 

To, co nazwaliśmy ześlizgnięciem się prawa w strefę „słabego uzasadnienia” ma swoje złe i dobre konsekwencje. Złą jest uwikłanie prawa w działanie polityki: „codzienne uzasadnienie”, o którym mówi Hellwig, to podatność prawa na wpływy i manipulacje polityków, których naturalną tendencją jest dążenie do dopasowywania kształtu przepisu prawnego do aktualnej sytuacji. Tak też prezes Zenon Klatka uzasadniał apelację korporacji radcowskiej przed Trybunałem Konstytucyjnym 8 listopada 2006 r.: „Ustawa jest wysoce niedoskonała, ale musimy ją przyjąć. Żadnej dyskusji nad poprawkami nie było. Według wyboru politycznego związanego z kończącą się kadencją i ze zbliżającymi się wyborami nastąpiło głosowanie”8. Z drugiej strony jednak sytuacja „słabego uzasadnienia” czyni koniecznym właśnie stałe negocjowanie, uzgadnianie prawa ze społeczeństwem. Hellwig przestrzega środowisko prawnicze: „Nie zapominajcie stawiać się na pozycji opinii publicznej!”. Prawo powstaje i zmienia się w uzgodnieniu z tymi, którzy je tworzyli i którzy w nim współuczestniczą. Założenie takie uwypukla rolę samorządności i respektuje dyspozycję obywateli do samoorganizowania się, tym samym sprzyjając porozumieniu między władzą państwową a korporacjami zawodowymi czy organizacjami pozarządowymi. Józef Zych przemawiając w Parlamencie 30 czerwca 2005 r. bronił takiej wizji prawa i takiego miejsca samorządu radców: „… dawniej aplikacja była dwuletnia, dzisiaj jest 3,5 letnia. Czy organy państwa o to zabiegały? To sam samorząd radców prawnych tylko i wyłącznie własnymi środkami, za własne środki i z własnych składek przeszkolił ... 20 tysięcy radców (...). Własnymi siłami tworzono program, państwo zupełnie się tym nie interesowało. Jeżeli dzisiaj mówimy o postępie, to powiedzmy, że państwo powinno wspólnie z tymi samorządami usiąść do stołu i zapytać: „jakie powinny być stworzone warunki materialne? Jakie są możliwości? Jak kształcić tę młodzież? Czy tak było? Nie”.(Radca prawny, 5/2006, s.108).

 

Pytania przewijające się przez nasze rozważania przygotowują nas do innej kwestii. Pytanie, które musi pełnić główną rolę w naszym dyskursie, to pytanie o kondycję i przyszłość profesji prawniczej. Hans-Juergen Hellwig: „My, prawnicy powinniśmy traktować jako ostrzeżenie to, co się stało z księgowymi. Przez wiele lat nie zajmowali się niepokojami opinii publicznej i władz dotyczących wielu przepisów i polityk regulujących działalność księgowych, które obejmowały poważne problemy wokół podstawowych wartości niezależności i zakazu konfliktu interesów, i wokół jakości”. Innymi słowy, należy bez wątpienia połączyć zagadnienie prawa ze statusem i miejscem społecznym zawodów prawniczych, to zaś zależy w dużej mierze od tego, do jakiego stopnia prawo potrafi przekonać opinię publiczną, iż nie ogranicza się do strzeżenia przy pomocy regulacji prawnych interesów władzy, lecz zakorzenia się w sferze, którą najogólniej nazwalibyśmy sferą wartości. Jak mówi Hellwig: „Póki co nie udaje się nam wytłumaczyć wszystkim naszym kolegom prawnikom i opinii publicznej, że podstawowe wartości są dla nas podstawowymi obowiązkami i jak istotne są one dla społeczeństwa”.

 


 

Nader ważną rzeczą jest język, w którym prawo i jego przedstawiciele zwracają się do społeczeństwa. Nie chodzi tu o język samego kodeksu, ale przede wszystkim o metaforykę towarzyszącą prawu, o to, w jakim kontekście retorycznym prawo przedstawia się obywatelowi. Tak jak sztywne zapisy kodeksowe odnoszą się do złożonych opowieści życiowych, tak i samo prawo stanowi fragment i element naszej opowieści życiowej, bo przecież istniejemy tylko o tyle, o ile stanowimy kanwę wielu narracji. Człowiek nie jest bowiem rzeczą, lecz bohaterem skomplikowanej opowieści życia. Chodzi więc o to, co z pewnym nadużyciem można nazwać „wykładnią językową”, nie odnoszącą się do skuteczności prawa ani wyjaśniania jego nie do końca precyzyjnych norm, ale do odczytania przez potocznego odbiorcę sytuowania się prawa w świecie. Tak, jak w wykładni językowej rzeczą zasadniczą jest wykładnia gramatyczna, która jednoznacznie określa granice możliwego sensu słów zawartych w tekście prawnym. Jedną z podstawowych zasad wykładni gramatycznej jest domniemanie języka potocznego, co oznacza, że tak daleko jak to jest możliwe, nadajemy zwrotom prawnym znaczenie występujące w języku potocznym”9.

 

Zwykle, także za sprawą filmowych scen odnosimy wrażenie, że prawo to śmiertelne zmaganie, walka, starcie, w którym stawka jest niezwykle wysoka, a zwycięzca zabiera wszelkie dostępne łupy. Politycy ze szczególnym upodobaniem podchodzą do tego sposobu umieszczania prawa w społecznej wyobraźni. Retoryka wojny jest przydatna politykowi z dwóch powodów: po pierwsze pozwala na dokładnie opisane adwersarza i ustawienie go w ten sposób na linii ciosu; po drugie, tego rodzaju dyskurs otwiera możliwość prawnego zawieszenia prawa. Kto stale posługuje się retoryką wojny, dla kogo życie publiczne jest bitwą, a wokanda starciem na śmierć i życie, ten musi liczyć się z podejrzeniem, że jego filozofia dopuszcza poważne ograniczenie wolności w interesie obrony prawa broniącego interesu reprezentowanej ideologii, a nie wolności. Wojna może wziąć górę nad prawem, choć uczyni to w imię prawa przecież. Cycero ujął to nader wyraziście: inter arma silent leges.

 


 

Radca jest tym, który w tej materii ma wiele do zrobienia. To, co zapisane w Kodeksie Etycznym Radców Prawnych, w artykule 20, ustęp 3 zasługuje na szczególnie życzliwą uwagę, bowiem jest pewnym programem odnoszącym się do postawy wobec świata oraz jego przełożeniem na rodzaj dyskursu. To, co godne podkreślenia to akcent na łagodzenie obyczaju, znajdowanie umiaru, a zatem usuwanie następstw retoryki wojny i nieustępliwej walki, zastępowanie jej językiem rozumienia prowadzącym do porozumienia. Język prawniczy na ogół wykazuje się tendencją do rozumienia, natomiast celem owego rozumienia nie jest porozumienie, lecz zniszczenie przeciwnika. „Negatywne nastawienie klienta do strony przeciwnej nie powinno mieć wpływu na postawę radcy prawnego. Kształtując swoje zachowanie w stosunku do tej strony powinien on postępować w zgodzie z ogólnymi standardami etyki zawodowej. Powinien też starać się przeciwdziałać zaognieniu konfliktu oraz działać na rzecz pojednawczego rozwiązania sporu przez taktowne i wyzbyte uprzedzeń podejście do strony przeciwnej”10.

 


 

Istotą pracy radcy prawnego jest więc zredukowanie rozumienia prawa jako walki na śmierć i życie i zastąpienie go przez obraz konfliktu rozwiązywanego drogą uzgodnienia. W samym sercu demokratycznego kształtu społeczeństwa obywatelskiego napotykamy na paradoks: jednostka rozpoczyna swój marsz w stronę civic society od rozpoznania swej wolności, ale jednocześnie zostaje w swej wolności ograniczona, jak pisze John Locke, „wspólnie stanowionymi prawami”. To właśnie to ograniczenie stanowi dowód dojrzałości jednostki do tego, by stać się obywatelem. Czy zatem należy przyznać prawu, jak zdaje się sugerować Locke, rangę kryterium rozstrzygającego o tym, co „obywatelskie”, a co nie? Ponieważ jak dowodzi historia - a niebezpieczeństwo to dostrzega sam Locke wskazując na groźbę pojawienia się tych, którzy zechcą rządzić przy pomocy doraźnie formułowanych praw nazwanych przez filozofa „sporządzanymi na poczekaniu dekretami”11, prawo lubi się wynaturzać poprzez działalność polityków zainteresowanych doraźnymi politycznymi, a nie wspólnotowymi, interesami - potrzeba innej siły, która towarzyszyłaby prawu w jego działaniu. Siłę tę nazywam za Johnem Deweyem „moralną wyobraźnią”.

 


 

Według Deweya wyobraźnia stanowi równie integralny składnik ludzkiej aktywności, jak ruchy mięśniowe, co pozwala wykroczyć poza standardową dychotomię przeciwstawiającą działający według zasad i żelaznych reguł rozum, niestałej i kapryśnej wyobraźni. Już romantyczny poeta i buntownik Percy Bysshe Shelley w swej Obronie poezji obdarzył wyobraźnię zdolnością do kreowania dobra, a zatem rozszerzył horyzont jej działania daleko poza strefę estetyki. Wyobraźnia jest narzędziem dobra, co oznacza, że ma znakomity udział w kształtowaniu postaw i reakcji etycznych. Wyobraźnia rozpoznaje nie tylko sytuację, w której się znajdujemy, ale przede wszystkim umożliwia jej rozwinięcie. Jej działanie nie polega na anarchizującym podważaniu prawa, lecz na wykraczaniu poza ograniczenia danej sytuacji; dzięki wyobraźni mogę przyjrzeć się uważnie wydarzeniu jakby już spoza danej chwili, z perspektywy jego przyszłego rozwinięcia i przyszłych konsekwencji. Otrzymujemy w ten sposób bezcenną sposobność spojrzenia na to, co mamy pod ręką z punktu widzenia, który już przesunął się poza taką poręczność. Wyobraźnia nie jest zdolnością powoływania do życia tego, co nie istnieje, nie jest fantazjowaniem; jest darem pozwalającym na korygowanie teraźniejszości z perspektywy przyszłości. Shelley pisał, że rozum zajmujący się formułowaniem faktów wymaga koniecznego dopełnienia wyobraźnią, której domeną jest sfera wartości. To dzięki wyobraźni wartość pojawia się w sferze zjawisk.

 


 

Wyobraźnia moralna wyczula i wyostrza nasze spojrzenie na teraźniejszość. Jest ważną siłą społeczeństwa obywatelskiego, bowiem w sferze polityki chroni nas przed zabiegami opartymi na mechanicznym stosowaniu ideologicznych zasad właściwych, na przykład, danej partii, czy grupie interesów. Mechanizm decyzji politycznych opiera się bowiem na czymś, co można by nazwać ideową inercją: zwykle jest to powtarzanie tych samych mniej lub bardziej dogmatycznych przekonań, przy pomocy których partia identyfikuje publicznie swój program. W najlepszym razie towarzyszy temu pewna doza przewidywania (gdy „oni” pokażą taki spot, „my” odpowiemy natychmiast następującym), natomiast niezmiennie praktyka polityczna dąży do tego, aby w maksymalny sposób uprościć identyfikowanie się obywatela, potencjalnego sojusznika, z danym ugrupowaniem. Stąd akcent padający nie na argumentację i dyskusję, nie na dochodzenie do pewnego obrazu rzeczywistości, lecz zaofiarowanie gotowego produktu w postaci hasła, czy sloganu. Współczesny pejzaż polityczny dostarczy nam obfitych przykładów w rodzaju „IV Rzeczypospolitej”, „Polski solidarnej”.

 


 

Wyobraźnia moralna jest siłą, do której polityk podchodzi z nieufnością, gdyż ukazuje ona świat jako niegotowy, jako zadanie do wykonania, podczas gdy polityk jest przekonany, iż świat jest już gotowy i zawarty w jego ideologii. Dla wyobraźni świat „jest” problemem; dla polityka świat „był” problemem, lecz już nie jest, bowiem jest program, który odsunął ową problematyczność w przeszłość. Nieszczęściem dla społeczeństwa obywatelskiego jest to, że polityka przedstawia świat jako „były” problem, i w związku z tym musi wykazywać tendencję do wyciszania sprzeciwu i niezgody na wątpliwości. Dostrzegał to niebezpieczeństwo de Tocqueville pisząc: „Ludzi, pozostawionych własnym intelektualnym wysiłkom, wciąż nęka zwątpienie. Ich sytuacja nieustannie się zmienia, a to nie sprzyja trzymaniu się własnych poglądów”12. Wyobraźnia moralna ma nam przywrócić dobry sens zwątpienia jako poważnego i zaangażowanego rozpatrywania, rozważania sytuacji, w której się znajdujemy, a nie biernego akceptowania podsuwanych nam rozwiązań. Mówiąc językiem Tocqueville’a: dzięki wyobraźni moralnej mogę się trzymać własnych poglądów, zachowując należyty krytyczny dystans do poglądów, które uzurpują sobie prawo do tego, aby być poglądami powszechnie akceptowanymi i aprobowanymi. Dewey zauważa, że charakterystyczną cechą wyobraźni jest to, że sprzeciwia się ona ograniczającym i zawężającym nasze możliwości skutkom przyzwyczajenia.

 


 

Działanie wyobraźni moralnej polega na podtrzymaniu więzi społecznej wskazując na to, iż dla prawdziwej wspólnoty lojalność i posłuszeństwo wobec prawa są czynnikami niewystarczającymi. Spojrzenie kierowane moralną wyobraźnią dostrzeże to, że rzeczywistość tworzona przez naszą zgodę na bezkrytyczne i bezrefleksyjne posłuszeństwo prawu jest niczym więcej niż biernym dopasowywaniem się do otoczenia, społeczną mimikrą, usuwaniem się na bok. Gdy ślepe posłuszeństwo prawu tłumaczy wygodnie naszą bierność i aspołeczność właśnie, moralna wyobraźnia nakaże nam zaangażowanie. Przypomnijmy mądre uwagi Simone Weil, która - jak sama pisze - nie żałowała, że otarła się o politykę, i która z owej lekcji wyciągała następujące konkluzje: „Zgodność sądów pewnej liczby ludzi daje wrażenie realności. Daje także poczucie obowiązku. Wobec tej zgodności usuwanie się na bok wydaje się grzechem. W ten sposób możliwe stają się wszelkie nawrócenia. Konformizm jest czymś, co imituje stan łaski”13.

 

Przed czym zatem strzeże nas moralna wyobraźnia? Idąc śladem Weil powiedzmy:

 

- przed pochopnym uleganiem „zgodności” z dominującymi poglądami;

 

- przed aktywnością, która byłaby wygodnym naśladowaniem tego, co czynią

 

wszyscy;

 

- przed uleganiem magii tych, którzy doznali gwałtownych nawróceń;

 

- przed konformizmem, który jest diabelską parodią łaski; diabelską, bowiem to, co

 
 

interesownie ludzkie, zajęło miejsce tego, co bezinteresownie boskie.

___________________________________________________________________________

 
 
 

1* Autor jest prof. dr hab. na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach.

 

2 V.Jankelevitch, To, co nieuchronne, przekł. M. Kwaterko. PIW: Warszawa 2005, s. 100.

 

3G.Ch.Lichtenberg, Pochwała wątpienia. Bruliony i inne pisma, przekł.T.Zatorski. Słowo/obraz/terytoria: Gdańsk 2005, s. 266.

 

4 Arystoteles, Etyka nikomachejska, przeł. E.Gromska. PWN: Warszawa 1982, s.199.

 

5 ibid., s.200.

 

6 Radca Prawny, nr 2, 2007, s.51.

 

7 H.J.Hellwig, „Przyszłość zawodów prawniczych w Europie i w Polsce”, w: Radca Prawny. Wydanie specjalne 2007, ss.10-28.

 

8 Radca Prawny, nr 2/2007, s. 39.

 

9 Wyrok NSA z 11 marca 2003 r., cytowany przez w Radcy prawnym, nr 2/2006, s. 80, w artykule Agnieszki Bielskiej-Brodziak „Orzecznictwo NSA w sprawach podatkowych. Językowa granica wykładni”.

 

10 Radca Prawny. Wydanie specjalne 2007, s.69.

 

11 J.Locke, Dwa traktaty o rządzie, przeł.Z.Rau. PWN: Warszawa 1992, s.255.

 

12 A. de Tocqueville, O demokracji w Ameryce, przeł.M.Król. PIW: Warszawa 1976, s.316.

 

13 S.Weil, Dzieła, przeł.M.Frankiewicz. Brama: Poznań 2004, s.307.

 








Twój adres IP: 38.107.179.230



Wpisz frazę:











CZY PO WPROWADZENIU PRZEZ MINISTERSTWO SPRAWIEDLIWOŚCI OGRANICZEŃ W SPOSOBIE ROZLICZEŃ Z KLIENTAMI SĄ PAŃSTWO SKŁONNI PRZENIEŚĆ SIEDZIBĘ KANCELARII DO INNEGO KRAJU EUROPEJSKIEGO


tak


nie


nie dopuszczam takiego rozwiązania


rozważam takie rozwiązanie


w moim przypadku to już nastapiło


nie wiem







E-mail


Hasło



      Zaloguj się





Zapisz się na listę subskrybcyjną.
Warto!


Podaj E-mail:








Środa, 23 maja 2012 r. Imieniny: Iwony, Dezyderiusza

Strona główna | To nas dotyczy | Orzecznictwo | W Europie | Z Samorządu | Szkolenia | Kontakt | Archiwum |